Niedziela, 9 maja 2010.
Punkt 11:00 pojawiłem się na trasie we Wronkach. Wystawiłem tabliczkę z kierunkiem "Olsztyn" i do dzieła. Ruch, jak zwykle na "żółtej trasie" - nędzny. Hmmm, byle do Giżycka. Drogą podążali w przeciwnym kierunku ludzie wracający z niedzielnej sumy z pobliskiej kapliczki. Minęło raptem 25 minut. Zatrzymał się ciekawy samochód terenowy. Był to Mitsubishi Pajero, z lawetą. Jadący nim gość kierował się z niedalekiej miejscowości Krzywe, ha, ... do Belgii :) Facet krótko i treściwie rzekł: "Wsiadaj Młody!" Przejechaliśmy może kilkanaście kilometrów, po czym zatrzymał się w jednej z wiosek i prosił chwilkę poczekać. Zostawił mnie z otwartym samochodem, z kluczykami, telefonem komórkowym, bagażami... chyba mi przesadnie zaufał. Miał szczęście, że trafił akurat na mnie. Jednak gdy "chwilka" przedłużyła się do trzydziestu minut, zacząłem tracić stopniowo cierpliwość. Już miałem zakluczyć samochód, pójść oddać mu klucze i łapać dalej. Okazało się że gościu zasiedział się na kawie u kuzyna. Zmęczenie go brało więc chciał się jakoś zregenerować. He.
Całkiem rozmowny był z niego gość, także się specjalnie w trasie nie nudziłem. Przegadaliśmy masę tematów: od perspektyw życia w Polsce, przez problematykę budowy dróg, bezpieczeństwo na drogach, motoryzację, temat Tragedii pod Smoleńskiem aż do Wyborów Prezydenckich. Facet ciekawie gadał, nie powiem. Opowiadał mi także o swojej rodzinie, o 7-letnim synku, który co chwila przeżywa jego wyjazdy do Belgii. A ów gość 9 (że już go tak nazywam) jest mechanikiem i zwozi niesprawne bryczki na lawecie, reperuje je w kraju, po czym sprzedaje już w stanie użytkowym. Widać było, że ma duże doświadczenie zarówno z samymi samochodami jak i z jazdą. Dobrze prowadził.
Przed 14:00 byłem już przy olsztyńskim dworcu. Zapakowałem się w miejski i pojechałem do siebie. Ech, fajnie byłoby jeszcze na niego natrafić. Kiedyś, gdy będę przejeżdżał rowerkiem przez Krzywe, to na pewno wstąpię na kawę pogadać jeszcze trochę :) To była jedna z ciekawszych podróży tego sezonu.
poniedziałek, 10 maja 2010
Zdążyć przed burzą...
Piątek, 7 maja 2010.
Po czwartkowo-piątkowym spotkaniu towarzyskim w podolsztyńskim Dorotowie trzeba było od razu zbierać się do domu, do rodzinnych Wronek. Tym razem Maciek nie towarzyszył mi na trasie. Gdy tylko spakowałem swoje skromne manatki, od razu wsiadłem w mpka nr 21 i od razu na wylot. Z Olsztyna próbowałem się wydostać mniej więcej przez godzinę. Prawdopodobnie było to spowodowane "konkurencją", która również nieco dalej próbowała szczęścia w łapaniu okazji. Nieopodal mnie polował na okazję młody chłopak. W ręku trzymał jakąś mało wyraźną karteczkę z napisem "Bartoszyce". Podszedłem do niego i łapaliśmy razem. W końcu do Biskupca to jeszcze ten sam kierunek. Przy okazji zamieniliśmy słów kilka. Ów autostopowicz, mój imiennik - Paweł, mimo młodego wieku miał dużo większe doświadczenie w jeżdżeniu autostopem ode mnie (jak dobrze pamiętam, to 8-letnie). Wymieniliśmy się ciekawymi historiami z podróży, a także namiarami, co by się kiedyś na trasie skrzyknąć. Po dłuższej rozmowie stwierdziliśmy że mimo faktu iż ciekawie się gada, to razem mamy mniejsze szanse na złapanie okazji. Rozdzieliliśmy się. Kolega w sklepie obok załatwił karton, z którego zmontował wyraźną tabliczkę... i złapał, do samego domu . Ja odjechałem niedługo po nim. Miłe starsze małżeństwo podążało do Węgorzewa przez Kętrzyn. Do Mrągowa podjechałem. Minęliśmy niezłe urwanie chmury. Bałem się, że w Mrągowie będzie lało. Jednak całkiem dobrą pogodę zastałem. Szybko zjadłem coś i w dalej w drogę. Z Mrągowa sprawnie zabrałem się Golfem z pewnym młodym człowiekiem podążającym do Rynu, do pracy. Ekstremalnie szybko dojechaliśmy. Chyba mu się śpieszyło nieźle. W Rynie nieciekawy wylot, pierwszy raz stamtąd próbowałem łapać. Na szczęście szybko zatrzymał się przyzwoity Fiat Brava. Udało się zwiać przed kolejną chmurą, tym razem prawdopodobnie burzową. Kierująca fiacikiem miła pani podrzuciła mnie do Giżycka na wylot na Suwałki. A stamtąd szybciutko kolejny szczęśliwy traf. Gdy podchodziłem na wylot, zamknęły się szlabany na przejeździe kolejowym. Nagromadziła się kolejka samochodów. Tylko wystawiłem karteczkę i już zza drzwi białego Opla Astry wychylił się miły gość mówiąc: "Wsiadaj kolego! Podrzucę Cię!" Bezpiecznie, sprawnie i z miłą rozmową po drodze dojechałem do Wydmin. Pomyślałem, że skoro już jestem w Wydminach, to mógłbym odwiedzić córeczkę. Tak też zrobiłem. Na pobliskiej stacji benzynowej kupiłem Malutkiej łakocie i poszedłem w odwiedziny. Spacerek z Anielcią minął jak zawsze sympatycznie i milutko. Szybko odstawiłem ją do domu, gdyż pojawiła się sroga chmura burzowa. Myślałem, że zdążę dojść na wylot i szybko czymś podjechać do Wronek. Niestety, po drodze z nieba chlusnęło siarczystym deszczem. Nie pozostało mi nic innego, jak zadzwonić po Młodego, co by po mnie wyjechał. Z deszczem nadeszła porywista burza. Przetrwałem jakoś tę nawałnicę... pod daszkiem tablicy ogłoszeń :) Piotrek zjawił się w końcu. Ledwo dojechał. Wycieraczki w samochodzie ledwo wyrabiały normę.
Powoli dojechaliśmy do Wronek. Trochę przemoczony i wycieńczony, ale jednak... w domu :)
Po czwartkowo-piątkowym spotkaniu towarzyskim w podolsztyńskim Dorotowie trzeba było od razu zbierać się do domu, do rodzinnych Wronek. Tym razem Maciek nie towarzyszył mi na trasie. Gdy tylko spakowałem swoje skromne manatki, od razu wsiadłem w mpka nr 21 i od razu na wylot. Z Olsztyna próbowałem się wydostać mniej więcej przez godzinę. Prawdopodobnie było to spowodowane "konkurencją", która również nieco dalej próbowała szczęścia w łapaniu okazji. Nieopodal mnie polował na okazję młody chłopak. W ręku trzymał jakąś mało wyraźną karteczkę z napisem "Bartoszyce". Podszedłem do niego i łapaliśmy razem. W końcu do Biskupca to jeszcze ten sam kierunek. Przy okazji zamieniliśmy słów kilka. Ów autostopowicz, mój imiennik - Paweł, mimo młodego wieku miał dużo większe doświadczenie w jeżdżeniu autostopem ode mnie (jak dobrze pamiętam, to 8-letnie). Wymieniliśmy się ciekawymi historiami z podróży, a także namiarami, co by się kiedyś na trasie skrzyknąć. Po dłuższej rozmowie stwierdziliśmy że mimo faktu iż ciekawie się gada, to razem mamy mniejsze szanse na złapanie okazji. Rozdzieliliśmy się. Kolega w sklepie obok załatwił karton, z którego zmontował wyraźną tabliczkę... i złapał, do samego domu . Ja odjechałem niedługo po nim. Miłe starsze małżeństwo podążało do Węgorzewa przez Kętrzyn. Do Mrągowa podjechałem. Minęliśmy niezłe urwanie chmury. Bałem się, że w Mrągowie będzie lało. Jednak całkiem dobrą pogodę zastałem. Szybko zjadłem coś i w dalej w drogę. Z Mrągowa sprawnie zabrałem się Golfem z pewnym młodym człowiekiem podążającym do Rynu, do pracy. Ekstremalnie szybko dojechaliśmy. Chyba mu się śpieszyło nieźle. W Rynie nieciekawy wylot, pierwszy raz stamtąd próbowałem łapać. Na szczęście szybko zatrzymał się przyzwoity Fiat Brava. Udało się zwiać przed kolejną chmurą, tym razem prawdopodobnie burzową. Kierująca fiacikiem miła pani podrzuciła mnie do Giżycka na wylot na Suwałki. A stamtąd szybciutko kolejny szczęśliwy traf. Gdy podchodziłem na wylot, zamknęły się szlabany na przejeździe kolejowym. Nagromadziła się kolejka samochodów. Tylko wystawiłem karteczkę i już zza drzwi białego Opla Astry wychylił się miły gość mówiąc: "Wsiadaj kolego! Podrzucę Cię!" Bezpiecznie, sprawnie i z miłą rozmową po drodze dojechałem do Wydmin. Pomyślałem, że skoro już jestem w Wydminach, to mógłbym odwiedzić córeczkę. Tak też zrobiłem. Na pobliskiej stacji benzynowej kupiłem Malutkiej łakocie i poszedłem w odwiedziny. Spacerek z Anielcią minął jak zawsze sympatycznie i milutko. Szybko odstawiłem ją do domu, gdyż pojawiła się sroga chmura burzowa. Myślałem, że zdążę dojść na wylot i szybko czymś podjechać do Wronek. Niestety, po drodze z nieba chlusnęło siarczystym deszczem. Nie pozostało mi nic innego, jak zadzwonić po Młodego, co by po mnie wyjechał. Z deszczem nadeszła porywista burza. Przetrwałem jakoś tę nawałnicę... pod daszkiem tablicy ogłoszeń :) Piotrek zjawił się w końcu. Ledwo dojechał. Wycieraczki w samochodzie ledwo wyrabiały normę.
Powoli dojechaliśmy do Wronek. Trochę przemoczony i wycieńczony, ale jednak... w domu :)
środa, 28 kwietnia 2010
z Wydmin do Olsztyna
Niedziela, sielska niedziela... Spacerek z córeczką wokół jeziora w Wydminach.
Stamtąd od razu po odwiedzinach wyruszyłem w trasę. Zdzwoniłem się z Maćkiem. Jechał z Olecka już. Nie chciało mi się bezczynnie czekać, to sobie złapałem coś do Giżycka. Zatrzymał się jakiś miejscowy ziomek z Wydmin. Na wstępie dodał, że będzie głośna jazda (miał schrzaniony tłumik w swoim Audi). Specjalnie mnie ta informacja nie zniechęciła (choć gość chyba nie miał tego na celu). Spokojnie dojechałem sobie do Giżycka. Ów ziomek podwiózł mnie w dogodne dla mnie miejsce. Niedaleko wylotu, przy Twierdzy Boyen umówiłem się z Maćkiem, który już dojeżdżał do Giżycka... Hyundaiem Getz z pewnym dziadkiem, który prał mu mózg nagraniami ludowymi i patriotycznymi po drodze :) Dosiadłem się i podjechaliśmy do pobliskich Wilkas. Tam zaczęliśmy żałować że nie mieliśmy karteczki "Mrągowo", bo wszyscy z rejestrami "NMR... " widząc kartkę "Olsztyn" chyba nie skumali że zawsze mogą nas podrzucić do Mrągowa. Wygłodniali z groszem w portfelu skoczyliśmy po jakieś najtańsze draże do sklepu. Po godzinie łapania w końcu... gość jadący Punciakiem z Suwałk do Grudziądza zatrzymał się i zabrał nas. Podziwiał że chce nam się łapać. Zdawał się być z lekka znudzony życiem :) Po drodze mijaliśmy groźny wypadek, gdzieś przed Biskupcem. Ale my akurat dojechaliśmy w jednym kawałku... ba , jak zawsze. Troszkę czasu nam zeszło, ale sympatycznie się jechało.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Dwa razy jednym autem :)
Mamy 19 kwietnia (dzień pogrzebu Prezydenta RP i jego małżonki). Po urodzinowym pobycie w rodzinnych Wronkach czas było wracać do Olsztyna. Do Wydmin towarzyszył mi Damian - mój dobry kumpel, maniak rocka lat 60., militariów i historii. Jako autostopowicz posiada status żółtodzioba :) Zorientowałem się po pierwszym jego zdaniu wypowiedzianym podczas łapania okazji... "pewnie nic nie złapiemy..." etc. Odpowiedziałem mu z uśmiechem, żeby go już o to głowa nie bolała. Minęła chwila i zatrzymał się elegancki srebrny Saab 9-3. Podążała nim do Gdańska para w studenckim wieku. Z góry uprzedzili mnie że w Giżycku będę musiał wysiąść, gdyż stamtąd zabierają ludzi do Gdańska. Z żalem przytaknąłem. No nic, jedziemy. Zawsze to trochę do przodu. W tle śmigała płytka Strachów :)
Pomimo iż jechali do centrum Giżycka, to kierowca podrzucił mnie prawie pod Twierdzę Boyen, czyli na wylot do Mrągowa. Podziękowałem za życzliwość i pożegnałem się. No i dalej... stoję, łapię, macham... i nic. Chyba ten pogrzeb sprawił że żaden olsztyniak wyjątkowo nie przejeżdżał po tej trasie. Niespotykane wręcz zjawisko. Po 20 minutach postanowiłem zmienić miejsce łapania. Podążałem ścieżynką w kierunku rozjazdu leśnego. A tu nagle, przejeżdża znajomy Saab z zaznajomioną już sympatyczną parą. Na tyle siedziała tylko jedna osoba. Kierowca pomachał, po czym zatrzymał się i powiedział, że jednak u nich nastąpiła zmiana planów, nie zabrali wszystkich i zahaczają o Olsztyn. Zaproponowali mi dalszą wspólną podróż. Bez namysłu uradowany wsiadłem do auta. Podróż przebiegła cudnie. Rzadkie uczucie... droga prawie pusta, koleś nie żałował sobie prędkości. Złoty z groszami widniał na prędkościomierzu. Jednak gość jechał w niesamowicie opanowany sposób, widać było że już konkretne odległości ma za sobą i doświadczony z niego kierowca. Bez trudu zaufałem jego manualnym zdolnościom. Fajna muzyczka leciała w tle, towarzystwo sympatyczne. Ba, mogłem jechać do Gdańska ;)
Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy. W Olsztynie byłem jakoś po 15:00. A sympatyczne trio ruszyło w kierunku Trójmiasta.
Śmieszna podróż. Dwa razy z tymi samymi ludźmi. Z tym że raz to ja ich złapałem, a potem to oni mnie zatrzymali :)
Pomimo iż jechali do centrum Giżycka, to kierowca podrzucił mnie prawie pod Twierdzę Boyen, czyli na wylot do Mrągowa. Podziękowałem za życzliwość i pożegnałem się. No i dalej... stoję, łapię, macham... i nic. Chyba ten pogrzeb sprawił że żaden olsztyniak wyjątkowo nie przejeżdżał po tej trasie. Niespotykane wręcz zjawisko. Po 20 minutach postanowiłem zmienić miejsce łapania. Podążałem ścieżynką w kierunku rozjazdu leśnego. A tu nagle, przejeżdża znajomy Saab z zaznajomioną już sympatyczną parą. Na tyle siedziała tylko jedna osoba. Kierowca pomachał, po czym zatrzymał się i powiedział, że jednak u nich nastąpiła zmiana planów, nie zabrali wszystkich i zahaczają o Olsztyn. Zaproponowali mi dalszą wspólną podróż. Bez namysłu uradowany wsiadłem do auta. Podróż przebiegła cudnie. Rzadkie uczucie... droga prawie pusta, koleś nie żałował sobie prędkości. Złoty z groszami widniał na prędkościomierzu. Jednak gość jechał w niesamowicie opanowany sposób, widać było że już konkretne odległości ma za sobą i doświadczony z niego kierowca. Bez trudu zaufałem jego manualnym zdolnościom. Fajna muzyczka leciała w tle, towarzystwo sympatyczne. Ba, mogłem jechać do Gdańska ;)
Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy. W Olsztynie byłem jakoś po 15:00. A sympatyczne trio ruszyło w kierunku Trójmiasta.
Śmieszna podróż. Dwa razy z tymi samymi ludźmi. Z tym że raz to ja ich złapałem, a potem to oni mnie zatrzymali :)
Do Giżycka...
Czwartek, 15 kwietnia 2010.
Maciek wybierał się na stopa po zajęciach chóru. Zaproponował mi, żebym się z nim wybrał. Planowałem odwiedzić w końcu Babcię Anię w Giżycku, u której często robię krótkie przystanki w trasie na obiad. Maciej oczywiście podążał standardowo do Olecka. Po 14:30 byliśmy już na wylotówce w kierunku Mrągowa. Po 20-minutowym łapaniu zatrzymało się przyzwoite Audi Quattro. Prowadziła Ewelina, studentka podążająca do domu, do męża w kierunku Bań Mazurskich. Całą trasę rozmawialiśmy. Radio samo narzuciło temat: Tragedia w Smoleńsku... echh... nie chcę się rozgadywać, ale to coś strasznego. Jednak media zbytnio przemęczają już zaistniałą sytuacją. A tu jeszcze komentarze obywateli w radio w samochodzie... "tydzień żałoby to za mało... 3 miesiące..." - nie wiadomo czy się śmiać czy płakać.
Na krajowej szesnastce standardowo masa remontów, budowa nowej trasy. Ciekawe kiedy zakończą ten bajzel. No, ale gdzieniegdzie można już poczuć się europejskim kierowcą. Cóż, Ewelina dowiozła nas sprawnie do Giżycka. Ja powędrowałem do Babci, która oczekiwała mnie z obiadem. Pozostałem w Giżycku na noc. A Maciej ruszył dalej w drogę... czym jechał? z kim? ile czasu? co przeżył? - nie wiem. Jak założy własnego bloga to się dowiemy ;D
Maciek wybierał się na stopa po zajęciach chóru. Zaproponował mi, żebym się z nim wybrał. Planowałem odwiedzić w końcu Babcię Anię w Giżycku, u której często robię krótkie przystanki w trasie na obiad. Maciej oczywiście podążał standardowo do Olecka. Po 14:30 byliśmy już na wylotówce w kierunku Mrągowa. Po 20-minutowym łapaniu zatrzymało się przyzwoite Audi Quattro. Prowadziła Ewelina, studentka podążająca do domu, do męża w kierunku Bań Mazurskich. Całą trasę rozmawialiśmy. Radio samo narzuciło temat: Tragedia w Smoleńsku... echh... nie chcę się rozgadywać, ale to coś strasznego. Jednak media zbytnio przemęczają już zaistniałą sytuacją. A tu jeszcze komentarze obywateli w radio w samochodzie... "tydzień żałoby to za mało... 3 miesiące..." - nie wiadomo czy się śmiać czy płakać.
Na krajowej szesnastce standardowo masa remontów, budowa nowej trasy. Ciekawe kiedy zakończą ten bajzel. No, ale gdzieniegdzie można już poczuć się europejskim kierowcą. Cóż, Ewelina dowiozła nas sprawnie do Giżycka. Ja powędrowałem do Babci, która oczekiwała mnie z obiadem. Pozostałem w Giżycku na noc. A Maciej ruszył dalej w drogę... czym jechał? z kim? ile czasu? co przeżył? - nie wiem. Jak założy własnego bloga to się dowiemy ;D
niedziela, 18 kwietnia 2010
Wielkopostna podróż do Wydmin
Wielki Piątek, 02 kwietnia 2010.
Była to przejażdżka, która wiązała się z bardzo nietypowym dla autostopowicza celem. Mianowicie cel stanowiło odbycie ostatniej Drogi Krzyżowej :) tym bardziej że została mi ona zadana w pokucie na spowiedzi ;)
Towarzyszył mi mój brat, Piotrek - człowiek, który w zasadzie wciągnął mnie w świat autostopu.
Do Wydmin zabraliśmy się z pewną parą, która podążała gdzieś hen daleko na święta. W aucie wyraźnie brzmiały odgłosy audycji religijnej w radio. Minęło kilka chwil ciszy, po czym kierowca stwierdził: "nie obawiajcie się, nie jesteśmy świadkami Jehowy" :D
Dojechaliśmy na miejsce. Cel podróży został przeprowadzony. Odchamieni po nabożeństwie udaliśmy się do sklepu po drobne zakupy do domu i wróciliśmy na trasę łapać okazję powrotną. Zatrzymał się żółciutki Ford Fiesta, starszy model, z głośnym silnikiem, w środku nie działały niektóre wskaźniki za deską rozdzielczą, lusterka nie było, bajzel na siedzeniach, słowem... rzęch :) Ale najbardziej zaskoczył nas kierowca. Wracał z pracy z Wydmin... do Stańczyk, miejscowości odległej położonej między Suwałkami a Gołdapią. Zaskoczyło nas jak bardzo ten gość musi być zdesperowany że codziennie dojeżdża do pracy tyle kilometrów, a wierzcie mi, było widać że nie zarabia kokosów. Ponadto bardzo sympatyczny i życzliwy człowiek. Swoim żółtą Fiestą dowózł nas bezpiecznie na miejsce.
Trasa krótka, bo zaledwie 30km w dwie strony, ale z duchowymi przeżyciami.
Była to przejażdżka, która wiązała się z bardzo nietypowym dla autostopowicza celem. Mianowicie cel stanowiło odbycie ostatniej Drogi Krzyżowej :) tym bardziej że została mi ona zadana w pokucie na spowiedzi ;)
Towarzyszył mi mój brat, Piotrek - człowiek, który w zasadzie wciągnął mnie w świat autostopu.
Do Wydmin zabraliśmy się z pewną parą, która podążała gdzieś hen daleko na święta. W aucie wyraźnie brzmiały odgłosy audycji religijnej w radio. Minęło kilka chwil ciszy, po czym kierowca stwierdził: "nie obawiajcie się, nie jesteśmy świadkami Jehowy" :D
Dojechaliśmy na miejsce. Cel podróży został przeprowadzony. Odchamieni po nabożeństwie udaliśmy się do sklepu po drobne zakupy do domu i wróciliśmy na trasę łapać okazję powrotną. Zatrzymał się żółciutki Ford Fiesta, starszy model, z głośnym silnikiem, w środku nie działały niektóre wskaźniki za deską rozdzielczą, lusterka nie było, bajzel na siedzeniach, słowem... rzęch :) Ale najbardziej zaskoczył nas kierowca. Wracał z pracy z Wydmin... do Stańczyk, miejscowości odległej położonej między Suwałkami a Gołdapią. Zaskoczyło nas jak bardzo ten gość musi być zdesperowany że codziennie dojeżdża do pracy tyle kilometrów, a wierzcie mi, było widać że nie zarabia kokosów. Ponadto bardzo sympatyczny i życzliwy człowiek. Swoim żółtą Fiestą dowózł nas bezpiecznie na miejsce.
Trasa krótka, bo zaledwie 30km w dwie strony, ale z duchowymi przeżyciami.
Przedwielkanocna wyprawa do domu
Wielki Czwartek, Prima Aprillis, tj. 01 kwietnia 2010 :)
Pogoda wyśmienita - nic tylko podróżować. Na tej wyprawie towarzyszył mi Maciej (standardowo) oraz nasza dobra koleżanka z Instytutu Muzyki, Agata, bliżej znana jako Groszi. Wyprawa przebiegła o tyle łatwo i zwinnie, że Groszi załatwiła nam okazję do Mrągowa. Zabraliśmy się z jej znajomym, księdzem. Gość mało rozmowny, ale dobrze prowadził. W Mrągowie Groszi zakończyła swoją krótką podróż. Zaś Maciek i ja ruszyliśmy na przystanek łapać dalej. Do Giżycka podjechaliśmy granatową Vectrą. Prowadził niejaki Jarek. Było o czym pogawędzić, przy okazji wymieniliśmy się numerami telefonów bo Jarek potrzebował osoby z kwalifikacjami do pomocy medycznej do swojej pracy, a my w podzięce za podwiezienie obiecaliśmy się zorientować i podać ewentualne namiary. Także wzajemnie sobie pomogliśmy. Jarek podrzucił nas bezpośrednio na wylot w kierunku Olecka. Tam postaliśmy chwilkę... i zatrzymaliśmy moją znajomą, panią Basię. Oczywiście z racji że trochę się nie widzieliśmy już długo, to było o czym zamienić słowo. Dojechaliśmy do Wydmin, miejscowości, która trochę zarysowała się w moim ziemskim bytowaniu... Zaszliśmy z Maciejem do spożywczaka po 'coś na ząb'. Zaraz potem na trasę, a tam chwila moment i jedziemy dalej. Zabrali nas jacyś warszawiacy, którzy zmierzali na święta do Olecka. Ja wysiadłem we Wronkach a Maciej swobodnie dojechał do Olecka. I taka to była nasza przedświąteczna podróż. Zwinnie, ciekawie i bezpiecznie dojechaliśmy do domu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)